Kapsuła Czasu. Uczelnia to nie mury, lecz ludzie. Legendarni profesorowie z Rokitnicy we wspomnieniach doktora Antoniego Rybickiego*
* - Opublikowane poniżej relacje pochodzą z maszynopisu wspomnień dr. n. med. Antoniego Rybickiego, a ilustracje z autorskiego „Albumu karykatur profesorów Śl. Akademii Medycznej...” prof. Tadeusza Ginki z 1953 r. (oba źródła w zbiorach naszej Pracowni). Tytuły „dr/prof. filozofii” na grafikach wynikają z przedwojennego systemu stopni akademickich.
„Rokitnica okazała się pięknym ośrodkiem położonym w lesie. Były to budynki po szpitalu i domu starców Spółki Brackiej. Wybudowano je ze składek górniczych. Członkowie Spółki Brackiej mieli zagwarantowane bezpłatne leczenie. W 1945 roku Rosjanie splądrowali wszystkie pomieszczenia i podpalili. Mimo wykonanego remontu, nad oknami i drzwiami widoczne były przebijające przez tynk i farbę ślady palenia. Jaki wielki jest zespół budynków, niech świadczy fakt, że znalazły tam pomieszczenia: rektorat, dziekanat, kwestura, zakłady fizyki, chemii ogólnej i fizjologicznej, propedeutyki dentystycznej, anatomii, histologii, fizjologii, mikrobiologii, farmakologii, biologii, trzy sale wykładowe (na 300 osób każda), dwa domy akademickie oraz budynki mieszkalne pracowników. Na miejscu była stołówka i sklepik. Wymarzone warunki do nauki. Z zaopatrzeniem było bardzo różnie. W sklepiku zwykle był pasztet rybny, wykonany przez kucharki, parówki, bułki, chleb i – nie zawsze – masło. Nie byliśmy wybredni, najważniejsze, że obiady były dobre. Na pewno takich obiadów w domu nie spożywałem. Od pierwszego dnia wziąłem się ostro do nauki” – wspominał po latach dr n. med. Antoni Rybicki.
Gdy dziś patrzymy na pierwsze lata funkcjonowania Śląskiej Akademii Medycznej, w pamięci stają przede wszystkim odbudowywane ze zniszczeń wojennych budynki dawnego kompleksu w Rokitnicy. Jednak pierwsza siedziba naszej uczelni to nie tylko charakterystyczna rokitnicka czerwona cegła, zakłady naukowe i stołówka z kultowym pasztetem rybnym.
Śląską Akademię Medyczną tworzyli przede wszystkim ludzie. W zdecydowanej większości byli to profesorowie o niezwykłych osobowościach, wyrazistych charakterach i często traumatycznych przeżyciach związanych z doświadczeniami drugiej wojny światowej.
Jedną z najbardziej owianych legendą postaci pierwszych lat istnienia uczelni był profesor Stanisław Skowron, wykładowca biologii.

Do Rokitnicy dojeżdżał z Krakowa. Należał do grupy profesorów aresztowanych przez Niemców 11 listopada 1939 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim w ramach tzw. Sonderaktion Krakau; był więźniem obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Egzaminy u profesora bywały prawdziwym maratonem: potrafił prowadzić je od wieczora do godziny trzeciej w nocy, by po krótkiej przerwie i czarnej kawie zaczynać ponownie o ósmej rano. Zasłynął z wyjątkowej odporności na presję polityczną – stawiał oceny niedostateczne nawet aktywistom Związku Młodzieży Polskiej (dalej: ZMP), którzy poprzez swój ubiór (białe koszule, czerwone krawaty) próbowali wymuszać pozytywne wpisy. Nieszczęśliwy okazał się jednak konflikt Profesora z jednym ze studentów – pochodzącym spod Lublińca aktywistą ZMP. Mówił on bardzo słabą polszczyzną, w mundurze milicyjnym zdawał egzaminy wstępne, a następnie kierował uniwersyteckimi Ochotniczymi Rezerwami Milicji Obywatelskiej (dalej: ORMO). Profesor wyrzucił go z egzaminu, gdy ten nie potrafił się wysłowić, a z jego indeksu wypadło zdjęcie w mundurze milicyjnym. Zapewne ten incydent doprowadził do nagłego odwołania profesora z uczelni.
Miejsce profesora Skowrona zajął dr Kazimierz Rapacz.
Jako zwolennik radzieckich teorii biologicznych Iwana Miczurina, Trofima Łysenki i Olgi Lepieszyńskiej stanowił on całkowite przeciwieństwo swojego poprzednika. Jego kultowym pytaniem egzaminacyjnym było: „Czego dokonano w Kostrońskiem [sic! - chodzi o Kostromę nad Wołgą]?”. Jedyną właściwą i oczekiwaną odpowiedzią było wyrecytowanie regułki, iż „uzyskano tam krzyżówkę krowy dającą 30 litrów mleka na jeden udój”.
Wykładowcą przedmiotu Podstawy marksizmu-leninizmu – określanego przez Antoniego Rybickiego mianem „przedmiotu religijnego” – był profesor Marian Towarnicki. Na początku lat 40. pełnił funkcję przedstawiciela rządu generała Władysława Sikorskiego w Belgradzie, a przez jego ręce przechodzili wszyscy Polacy udający się do tworzonej we Francji armii polskiej. Na uczelni nie utrzymał się jednak nawet do końca roku akademickiego. Podczas wykładów mówił o błędach Kamieniewa i Zinowiewa albo nawiązywał do teorii Einsteina i wzoru E=mc2. Studentów mało to jednak interesowało i większość z nich na zajęciach grała w okręty. Gdy praktyki te wyszły na jaw, na czas egzaminów przysłano z komitetu wojewódzkiego PZPR partyjnych instruktorów, a następnie wyznaczono nowego wykładowcę.
Za jednego z najbardziej lubianych dydaktyków anatomii prawidłowej uznawano profesora Stanisława Kohmanna.

Wokół jego osoby krążyły trudne do potwierdzenia anegdoty. Opowiadano na przykład, że przed wojną wykładał anatomię na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, mimo że nie posiadał dyplomu lekarskiego. Na studiach jego „piętą Achillesa” była bowiem farmakologia, którą zdawał wielokrotnie i zaliczył podobno na łożu śmierci egzaminatora w 1939 roku. W warunkach powszechnego braku podręczników i preparatów profesor Kohmann prezentował wyjątkowy talent dydaktyczny: potrafił wytłumaczyć zawiłości anatomiczne wyłącznie za pomocą układu własnych dłoni i dwóch… ręczników. Podczas egzaminów potrafił też docenić spryt: gdy student na każde pytanie odpowiadał, że danej tętnicy towarzyszą dwie żyły, profesor z uśmiechem podsumował jego bystrość oraz lenistwo, stawiając ocenę dostateczną.
Niezwykle barwną i dostojną postacią był również profesor Stanisław Prebendowski, wykładowca chemii ogólnej, wywodzący się z Politechniki Lwowskiej.

„Wysoki, o ascetycznej pociągłej twarzy, z rozwianym włosem. Grube okulary dopełniały reszty” – wspominał dr Antoni Rybicki. Profesor uznawał wyłącznie egzaminy pisemne i nie akceptował ocen z plusami i minusami. Przed każdym sprawdzianem, aby przestrzec młodzież przed bezmyślnym ściąganiem, przytaczał anegdotę o popie, któremu w Biblii skleiły się kartki, przez co czytając o stworzeniu Ewy, płynnie przeszedł do opisu Arki Noego, która miała 100 sążni długości, 20 sążni szerokości i była… wysmarowana smołą.
Profesor Stanisław Jóźkiewicz, wykładowca chemii fizjologicznej, stanowił z kolei obiekt westchnień niemal wszystkich studentek.

Przystojny, niezwykle elegancki i zawsze „szykownie ubrany, o zabójczym spojrzeniu”, na swoich wykładach gromadził w pierwszych rzędach niemal wyłącznie zauroczone nim studentki. Na podkreślenie zasługiwał jednak przede wszystkim jego talent dydaktyczny – wykłady Profesora Jóźkiewicza „stanowiły majstersztyk najwyższej klasy. Wiele problemów biochemicznych, jak mały i duży cykl Krebsa, pamiętam do dnia dzisiejszego” – pisał po latach dr Antoni Rybicki.
Wykładowca fizyki - profesor Marian Puchalik, jak wspominał Antoni Rybicki, „przed wojną brylował we Lwowie jako wzór męskiej elegancji”.

Jednak piętno odcisnęły na nim traumatyczne doświadczenia obozowe z czasów drugiej wojny światowej. Zmieniony fizycznie, noszący beret oraz sportowe buty z korkami, mówił powoli i przez nos (złamanie było skutkiem obozowego pobicia). Cieszył się jednak wielkim szacunkiem studentów. W czasach całkowitego braku podręczników wykłady prowadził niezwykle spokojnie, dyktując materiał powoli i powtarzał najważniejsze informacje, aby każdy zdążył sporządzić dokładne notatki.
Przejmującą postacią był profesor Bronisław Zawadzki, wykładowca fizjologii.

Chodził bardzo wolno i mówił cicho, nigdy się nie uśmiechał, a podczas męczących egzaminów zmuszony był leżeć na sofie. Przetłumaczył z języka rosyjskiego podręcznik fizjologii, za który należne honorarium otrzymał przekazem pocztowym w sobotę tuż przed godziną trzynastą. Z powodu zamknięcia poczty nie zdążył zrealizować wypłaty, a już w niedzielę władze ogłosiły reformę walutową z 1950 roku, w wyniku której po drastycznym przeliczeniu otrzymał niewielką część należnej kwoty. Dopełnieniem tej historii był fakt, że gotowego podręcznika i tak nie opublikowano, uznając, iż brakowało mu wymaganej wówczas „socjalistycznej podbudowy”.
Niezwykle wyrazistą osobistością był także profesor Tadeusz Pawlikowski, wykładowca histologii i dziekan.

Uznawano go za mistrza dobrego wychowania i najlepiej ubierającego się profesora w całym gronie akademickim ówczesnej ŚAM. Profesor często powtarzał studentom słynną dewizę: Medicus debet esse: elegans, odorans et ambidekster, przypominając, że lekarz musi być elegancki, pachnący i mieć sprawne obie ręce. W życiu stosował tę zasadę z żelazną konsekwencją: dostrzegłszy na zajęciach nieogolonego studenta, potrafił wręczyć mu pieniądze na żyletkę i polecić ponowne przyjście po doprowadzeniu się do porządku. Obok wysokich wymagań estetyczno-dydaktycznych profesor Pawlikowski zapisał się w pamięci wychowanków także odwagą cywilną. Podczas uroczystości absolutorium V roku, ryzykując własną karierę, w obecności ówczesnych przedstawicieli władz państwowych, przypomniał młodym lekarzom, że niezależnie od narzucanych socjalistycznych przyrzeczeń, ich najwyższym moralnym drogowskazem musi pozostać tradycyjna Przysięga Hipokratesa.
Oglądana z perspektywy czasu rokitnicka uczelnia z przełomu lat 40. i 50. przedstawia się jako miejsce niezwykłe i piękne zarazem, pomimo trudności ówczesnego życia codziennego. Kumulowały się w nim, jak w soczewce: akademicka pasja, humor przeplatany tragizmem tamtych lat oraz wybitni wykładowcy. To dzięki tym osobowościom wyrosło wiele pokoleń lekarzy, dla których maksyma Medicus debet esse: elegans, odorans et ambidekster stała się drogowskazem na całe późniejsze zawodowe życie.
Autor: dr n. hum. Paweł Bojko, Pracownia Historii Medycyny Górnego Śląska, Zakład Antropologii Lekarskiej WNMK
Kontakt z Pracownią:
e-mail: pbojko@sum.edu.pl
tel.: 32-20-88-601
adres: ul. Medyków 4
40-752 Katowice-Ligota
© 2026 Pracownia Historii Medycyny Górnego Śląska. Wszystkie prawa zastrzeżone.